Piotrkowska od lat walczy o to, by być sercem Łodzi nie tylko z nazwy, ale i z charakteru. Sercem, w którym bije rytm kroków spacerowiczów, śmiech z ogródków
gastronomicznych i szum rozmów, a nie warkot silników samochodów szukających skrótu przez środek reprezentacyjnego deptaka. Dlatego gdy pojawiła się koncepcja montażu inteligentnych słupków chowanych w ziemię, wielu z nas pomyślało: wreszcie.
Pomysł był prosty i logiczny – wyeliminować cwaniactwo, przywrócić ulicę pieszym i rowerzystom, a jednocześnie dać dojazd mieszkańcom i służbom. Jednak jak to w Łodzi bywa, nawet najprostsza wizja na zderzeniu z rzeczywistością zamienia się w wieloaktowy dramat.
Przetargi, które przekraczały budżet, miliony złotych z miejskiej kasy, opóźnienia, a na koniec głośne incydenty z wyłamanymi pachołkami – to wszystko sprawiło, że łódzkie słupki stały się niemal bohaterami memów i osiedlowych dyskusji. Czy naprawdę potrzebujemy technologii godnej bazy wojskowej, by opanować ruch na jednej ulicy?
Mimo tych wszystkich potknięć i ironii, jaka narosła wokół tej inwestycji, trudno odmówić jej głębszego sensu. Pietryna zasługuje na to, by być bezpiecznym, otwartym salonem miasta, a nie parkingiem dla nieuprawnionych aut. Jeśli ten inteligentny system w końcu zacznie działać tak, jak obiecywano, a kierowcy nauczą się respektować przestrzeń pieszych, historia łódzkich słupków przestanie być powodem do drwin, a stanie się dobrym punktem zwrotnym w historii naszej reprezentacyjnej ulicy.
Czas pokaże, czy wysuwana stal wygra z łódzką ułańską fantazją za kółkiem. Ja wciąż trzymam kciuki za pieszych.
Komentarze
Nie ma obecnie komentarzy
Napisz komentarz
Comment preview